Jakie są podobieństwa między szaleństwem kryptowalutowym z 2024 roku a holenderską manią tulipanową z XVII wieku? Przyglądamy się podobieństwom w historii niebezpiecznej spekulacji i manii.
- Dlaczego na rynku pojawiają się prądy o charakterze anomalnym
- Tulipomania, która ogarnęła Europę XVII wieku
- Teoria Wielkiego Głupca niczym nie różni się od przerzucania odpowiedzialności
- Na kogo oddałbyś głos?
- Niebezpieczne przekonanie, że nie jestem ostatnim głupcem
- Jak nie stać się „większym głupcem”
- Oszustwa są również rodzajem gry „większego głupca”
Dlaczego na rynku pojawiają się prądy o charakterze anomalnym
Dla tych, którzy nie znają „Teorii Wielkiego Głupca”, każdy dzień jest Prima Aprilis.
Ostatnio czytałem wiele książek o inwestowaniu i natknąłem się na ciekawy epizod o „bańce tulipanowej”. Tulipany zawsze były uwielbiane przez ludzi za piękne kolory i zapach. Ale 300 lat temu mówiono, że pojedyncza cebulka tulipana jest warta więcej niż złoto. W tym czasie w Holandii szalała fala inwestycji w tulipany, dotykając wszystkich, od biednych po bogatych, niezależnie od klasy społecznej.
Tulipany stały się centrum spekulacji finansowych. Nazywa się to nawet pierwszą bańką spekulacyjną w historii światowej gospodarki. Jak ludzie mogli tak uzależnić się od jednej rośliny? Ludzie opróżniali kieszenie, żeby kupić tulipany, ale kiedy bańka w końcu pękła, dziesiątki tysięcy ludzi straciło fortuny i zbankrutowało.
To naprawdę dziwne. Czy tulipany to nie zwykłe kwiaty? Jak tak wielu ludzi mogło przeznaczyć na nie cały swój majątek?
Tulipomania, która ogarnęła Europę XVII wieku
W pierwszej połowie XVII wieku Holandia zajmowała wyjątkową pozycję w Europie. Podczas gdy inne kraje europejskie wciąż odczuwały skutki wojny trzydziestoletniej, Holandia przeżywała już swój złoty wiek.
W tamtym czasie Niderlandami rządziła nie monarchia królewska, lecz system, którym zarządzała wspólnie rada obywateli i szlachty. Źródłem bogactwa Niderlandów – pierwszego narodu w Europie, który rozwinął nowoczesną gospodarkę i najbogatszego państwa – był „handel”. Niderlandy były pierwszym krajem, który nawiązał bezpośrednie stosunki handlowe z Azją Wschodnią i prowadził handel na dużą skalę. Większość dóbr luksusowych w ówczesnej Europie pochodziła z Azji Wschodniej. Dzięki temu handlowi Holendrzy stopniowo gromadzili majątek i stawali się coraz bardziej zamożni. Chociaż bogactwo koncentrowało się w rękach nielicznych, ogólny standard życia należał do najwyższych w ówczesnej Europie.
Mimo że Holendrzy doświadczyli reformacji w XVI wieku, byli w tym okresie w rzeczywistości pogrążeni w stosunkowo skrajnej formie kalwinizmu, która sprzyjała silnej niechęci do zewnętrznego okazywania bogactwa. Kalwinizm nawiązuje do chrześcijańskiej teologii Jana Kalwina, XVI-wiecznego francuskiego reformatora religijnego. Podkreślał on absolutną władzę Boga, opowiadał się za predestynacją i przejawiał aktywizm w życiu religijnym, postrzegając siebie jako narzędzie chwały Bożej. W związku z tym tylko holenderscy kupcy otwarcie obnosili się ze swoim bogactwem, chwaląc Boga na różne sposoby. Na przykład sadzili piękne drzewa i kwiaty w swoich ogrodach, rzekomo po to, by oddać chwałę Bogu, a jednocześnie pokazać swoje bogactwo. W tym czasie tulipany nie były jeszcze obecne w Holandii.
Wczesne tulipany uprawiano w chińskim regionie Xinjiang-Ujgur, wzdłuż północnego i południowego wybrzeża Morza Śródziemnego, w Azji Środkowej i Iranie oraz w Turcji i Kazachstanie. Później przewędrowały one Jedwabnym Szlakiem do Azji Środkowej, a ostatecznie rozprzestrzeniły się przez Azję Środkową do Europy i innych części świata.
Później profesor botaniki z Wiednia przywiózł tulipany uprawiane w Turcji do Lejdy w Holandii. Tulipany, które udało mu się zakwitnąć dzięki swoim wyjątkowym umiejętnościom ogrodniczym, były wyjątkowo piękne i stały się sensacją wśród lejdejskiej klasy wyższej.
Holendrzy, którzy zawsze uwielbiali dekorować swoje ogrody i podwórka, natychmiast zakochali się w tulipanach i zaczęli zabiegać o ich nadanie statusu kwiatu narodowego. Argumentowali, że tulipany powinny być zaliczane do „Czterech Wielkich Skarbów Narodowych” Holandii, obok wiatraków, sera i chodaków.
Niezliczeni ministrowie i członkowie rodziny królewskiej byli zachwyceni pięknem tulipanów uprawianych przez profesora. Jednak ilekroć wyrażali zainteresowanie zakupem tulipanów, profesor stanowczo odmawiał.
Jednak wkrótce potem, podczas krótkiej nieobecności profesora, złodzieje włamali się i ukradli cebulki tulipanów, które następnie sprzedali. Na wieść o tym, sprytni spekulanci zaczęli gromadzić cebulki tulipanów w dużych ilościach, co spowodowało gwałtowny wzrost cen. Opinia publiczna podsyciła szaleństwo, potęgując pragnienie posiadania tulipanów. Pojawiło się nawet dziwne zjawisko – osoby, które nie mogły ich zdobyć, zapadały na „gorączkę tulipanową” z powodu zazdrości i zawiści. Każdy, kto nabył i uprawiał tulipany, zyskał ogromny prestiż, a wkrótce stały się one symbolem bogactwa. Od tego momentu ludzie stracili rozum i zaczęli kupować tulipany jak szaleni.
Kupcy, którzy początkowo kupowali cebulki tulipanów, zamierzali je jedynie gromadzić, planując sprzedać z zyskiem, gdy ceny wzrosną. Jednak wraz z nasileniem się spekulacji, zaczęły napływać tłumy chętnych na tulipany i w krótkim czasie tulipany otrzymywały absurdalnie wysokie ceny, co spowodowało gwałtowny wzrost cen. Im wyższa cena, tym więcej nabywców się pojawiało. Spekulanci z całej Europy napływali do Holandii, nasilając to dziwaczne zjawisko.
Do 1636 roku cena pojedynczej cebulki tulipana wzrosła do tego stopnia, że można było za nią kupić powóz i cztery konie. Nawet cebulki tulipanów, wciąż ukryte pod ziemią, niewidoczne gołym okiem, były przedmiotem handlu w wielu rękach.
W 1637 roku cena pojedynczej cebulki o nazwie „Switser” wzrosła o 485% w ciągu zaledwie jednego miesiąca. W ciągu roku ceny tulipanów wzrosły o oszałamiające 5,900%. Najdroższym tulipanem w tamtym czasie był „Semper Augustus”, odmiana najwyższej klasy, charakteryzująca się plamistym wzorem wywołanym wirusem. Cena pojedynczej cebulki wystarczała na zakup całej kaplicy wybudowanej w najbardziej ruchliwej dzielnicy Holandii.
Chociaż prawie nikt nie widział kwitnącego Semper Augustus, nie ostudziło to szaleństwa spekulacji tulipanami. Ludzie nie byli tak naprawdę zainteresowani uprawą ani docenianiem tulipanów; kierowała nimi wizja zarobienia na nich fortuny.
Pogłoski o szybkim zgromadzeniu ogromnego bogactwa dzięki tulipanom dotarły nawet do rzemieślników i chłopów, którzy stopniowo wkraczali na rynek. Zwykli ludzie bez kapitału zaczynali od cebulek, na które było ich stać. Nawet te odmiany odnotowały wzrost cen, a spekulanci czerpiący zyski z odsprzedaży mnożyli się. To przyniosło znaczące zmiany na rynku: wprowadzono całoroczny handel i związany z nim system obrotu kontraktami terminowymi.
Transakcje te nie odbywały się na formalnych giełdach papierów wartościowych, lecz w tawernach. Gotówka ani fizyczne korzenie nie były potrzebne do handlu. Wystarczały kontrakty stwierdzające „Płatność w kwietniu przyszłego roku” lub „Korzenie dostarczone wtedy”, a sprzedaż można było dokonać z niewielką zaliczką. Nawet te zaliczki nie ograniczały się do gotówki; akceptowano wszystko, co można było wymienić na gotówkę, jak bydło czy meble. W miarę jak te weksle krążyły w wielu transakcjach, w końcu osiągnęły punkt, w którym ani wierzyciel, ani dłużnik nie wiedzieli, kim jest ani gdzie jest druga strona. Ten system handlu kontraktami terminowymi pozwalał nawet osobom bez kapitału uczestniczyć w spekulacjach. Gdy zwykli ludzie, tacy jak piekarze i rolnicy, dołączyli do rynku tulipanów, popyt gwałtownie wzrósł, a nawet tańsze odmiany odnotowały gwałtowny wzrost cen.
Tym, co ostatecznie stłumiło tę spekulacyjną gorączkę tulipanów, która zdawała się powodować niekończący się chaos gospodarczy, był jeden, absurdalny incydent. To z kolei sugeruje, że każda bańka spekulacyjna w końcu pęka.
Według zapisów, młody przewoźnik z sąsiedniego kraju, zupełnie nieświadomy szaleństwa tulipanowego w Holandii, miał cebulkę tulipana przyczepioną do ubrania, gdy schodził z pokładu po pracy. Ta cebulka to był tulipan „Semper Augustus”.
Armator zapłacił 3,000 guldenów (równowartość dzisiejszych 30 000–50 000 dolarów) za zakup tulipana na giełdzie w Amsterdamie. Zorientowawszy się, że cebulka zniknęła, spanikowany armator zaczął szukać marynarza. Po długich poszukiwaniach znalazł barkarza jedzącego wędzoną rybę w restauracji. Barkarz wkładał do ust cebulkę tulipana, która leżała na stole, razem z rybą. Nieświadomy wartości tulipana, pomyślał, że cebulka to po prostu cebula podawana jako dodatek do ryby i zjadł ją ze smakiem.
Czy to, że cebulka tulipana kupiona za tysiące złotych monet wyglądała w czyichś oczach jak cebula, było winą przewoźnika, czy narodu holenderskiego?
Ten przypadkowy incydent stał się iskrą zapalną, wywołując ogromne poruszenie na giełdzie w Amsterdamie. Rozsądni spekulanci zaczęli kwestionować to dziwne zjawisko i nabrali fundamentalnych wątpliwości co do wartości cebulek tulipanów. Niewielka mniejszość zdała sobie sprawę, że coś jest nie tak i zaczęła sprzedawać swoje cebulki po zaniżonych cenach. Gdy niektórzy wrażliwi ludzie to zauważyli i natychmiast poszli w ich ślady, coraz więcej osób pozbywało się tulipanów po bardzo niskich cenach, aż w końcu rozpętała się burza.
W mgnieniu oka ceny cebulek tulipanów spadły do żałośnie niskiego poziomu i teraz nikt na rynku nie chciał ich kupować. Ceny tulipanów gwałtownie spadły z dnia na dzień.
W ciągu zaledwie tygodnia tulipany były wymieniane za grosze. Ci, którzy zaangażowali się w spekulację, zapłacili za to wysoką cenę. Dobrobyt gospodarczy Holandii również zaczął gwałtownie spadać. W Europie pozycja Holandii stopniowo była zagrożona przez Wielką Brytanię, a centrum europejskiego dobrobytu stopniowo przesunęło się nad kanał La Manche. Tulipany nadal były tulipanami, ale Holandia nie była już tą samą Holandią, co kiedyś.
Teoria Wielkiego Głupca niczym nie różni się od przerzucania odpowiedzialności
Amerykański ekonomista Peter R. Garber określił manię tulipanową mianem „bezlitosnej bańki spekulacyjnej”. Wszyscy próbowali zgarnąć część zysków poprzez gwałtowny wzrost cen. W takich sytuacjach ludzie często nabierają nierealistycznego przekonania, że ceny będą rosły w nieskończoność.
Dlaczego ludzie popełniają ten błąd? John Maynard Keynes, uważany za niezwykle wpływowego ekonomistę w nowoczesnej ekonomii zachodniej XX wieku, podsumował to zjawisko na podstawie własnych doświadczeń.
Zdeterminowany, by skupić się na badaniach naukowych, podjął się wykładów płatnych godzinowo, aby złagodzić swoje obciążenia finansowe. Jednak dochody z tych wykładów miały swoje granice. W sierpniu 1919 roku zainwestował tysiące funtów w spekulacje walutowe i w ciągu zaledwie czterech miesięcy zarobił 10 000 funtów. Tyle pieniędzy potrzebowałby, aby wykładać przez dziesięć lat.
Jednak wspólną cechą spekulacji jest to, że nigdy się nie kończy, gdy osiąga się zysk. Początkowo był zachwycony i zdumiony swoimi ogromnymi zyskami. Zainwestował więc więcej pieniędzy, ostatecznie przekraczając punkt bez zwrotu. Trzy miesiące później stracił wszystkie swoje udziały i kapitał. Ale psychologia hazardzistów zawsze sprowadza się do jednego: „Na pewno odzyskam wszystkie stracone pieniądze”.
Siedem miesięcy później spróbował swoich sił w handlu kontraktami terminowymi na bawełnę i odniósł wielki sukces. Zachęcony tym, poszerzył swoje portfolio i zaangażował się w spekulację. W ciągu następnej dekady dorobił się fortuny.
W 1937 roku Keynes zachorował i wycofał się z inwestowania na giełdzie, ale do tego czasu zgromadził wystarczająco dużo majątku, by starczyło mu na całe życie. Tym, co odróżniało go od zwykłych hazardzistów, była jednak jego formuła ponadczasowej „Teorii Wielkiego Głupca”. Była ona owocem jego spekulacyjnej działalności. Czym jest „Teoria Wielkiego Głupca”? Keynes wyjaśnił ją na poniższym przykładzie.
Gazeta zorganizowała konkurs piękności. W konkursie przyznawano nagrody zarówno osobie, której twarz została uznana za najpiękniejszą spośród 100 zdjęć, jak i osobie, która prawidłowo odgadła jej imię. Zwycięzca miał zostać wyłoniony w głosowaniu publicznym.
Na kogo oddałbyś głos?
Pamiętaj: zwycięzca tego konkursu zostaje wyłoniony w głosowaniu publicznym. Dlatego, aby uzyskać „poprawną” odpowiedź, musisz wybrać nie „twarz, którą osobiście uważasz za najpiękniejszą”, ale „twarz, którą większość ludzi uważa za piękną” – nawet jeśli Tobie się tak nie wydaje. W tym przypadku musisz opierać swoje myślenie nie na własnej, rzeczywistej opinii, ale na psychologii tłumu.
Keynes powiedział, że profesjonalne inwestowanie można porównać do „konkursu piękności” organizowanego przez gazetę. W takich konkursach czytelnicy zazwyczaj wybierają sześć najpiękniejszych twarzy spośród 100 zdjęć, a następnie osoba, która otrzyma najwięcej głosów, ostatecznie wygrywa nagrodę. Dlatego głosujący muszą znaleźć „twarz, którą inni czytelnicy uznają za najatrakcyjniejszą”, a nie „twarz, którą ja osobiście uważam za najpiękniejszą”.
Oznacza to, że być może będziesz musiał zagłosować na kogoś, kogo osobiście wcale nie uważasz za pięknego, albo na kogoś, kogo większość ludzi nawet nie uważa za ładnego. Ostatecznie musisz „wysilić mózg”, aby wybrać trzecią opcję – twarz, którą opinia publiczna uważa za piękną.
Czytelnicy muszą zatem myśleć wyłącznie z perspektywy innych czytelników. Jeśli uroda 100 uczestników jest jednakowa, czy największą różnicą nie byłby kolor włosów? Co, jeśli tylko jedna osoba na 100 ma rude włosy? Czy wtedy wybrałbyś kobietę o takim kolorze włosów? W sytuacji, gdy czytelnicy nie mogą się spotkać i porozumieć, w jakich kwestiach faktycznie znajdą wspólny język?
Wybór „najpiękniejszej kobiety” jest o wiele trudniejszy niż wybór najszczuplejszej, najbardziej rudowłosej czy tej z najrówniej rozstawionymi przednimi zębami. Bo bez jasnych kryteriów definiujących „piękno” wszystko może wygrać.
Kluczem do sukcesu wyborców jest zatem trafne odgadnięcie myśli innych. Jeśli odgadniesz poprawnie, wygrywasz nagrodę; jeśli odgadniesz źle, odpadasz z głosowania. Kluczem nie jest tu to, kto jest ładny, a kto brzydki. Kluczem jest przewidzenie psychologii innych wyborców.
To jest sedno „Teorii Wielkiego Głupca”. Powodem, dla którego ludzie są skłonni wydać fortunę na coś, nie dostrzegając jego prawdziwej wartości, jest oczekiwanie, że ktoś o wiele głupszy od nich samych pojawi się i kupi to za jeszcze więcej pieniędzy. Teoria ta głosi, że „straszne nie jest to, że ktoś jest głupcem, ale to, że jest ostatnim głupcem, który przetrwa”.
Ta teoria wyjaśnia motywację stojącą za zachowaniami spekulacyjnymi. Sednem spekulacji jest ocena, czy istnieje ktoś „głupszy ode mnie”. Logika jest taka, że dopóki nie jestem najgłupszą osobą, nadal mogę być „zwycięzcą”. To, ile zyskujesz lub tracisz, nie jest kluczowe. Jeśli nikt nie jest skłonny zapłacić więcej niż ty, stajesz się „ostatnim głupcem”. W tym kontekście każdy spekulant wierzy, że „największym głupcem jest ktoś inny, nie ja”.
Niebezpieczne przekonanie, że nie jestem ostatnim głupcem
Dlaczego jesteśmy tak pewni, że nie będziemy ostatnimi głupcami?
Brytyjski historyk Mike Dash stwierdził: „Ludzki mózg i świadomość odmawiają wiary prawdzie o bańkach spekulacyjnych”. Większość ludzi nie rozumie do końca prawdziwych informacji związanych z bańką spekulacyjną, zanim nie weźmie udziału w jej rozpalonym szaleństwie. Tulipomania była doskonałym przykładem, który dobitnie obnażył ślepe spekulacyjne zachowania ludzi.
Kupujący i sprzedający doskonale zdawali sobie sprawę, że w istocie „grają” po nierealistycznych cenach, a jednak nie potrafili oprzeć się pokusie potencjalnie ogromnych zysków. Właśnie dlatego występuje zjawisko ślepego stada.
Jednak takie dziwaczne zjawiska wciąż mają miejsce. Kiedy rosną ceny takich produktów jak ziołowe leki reklamowane jako zdrowe czy artykuły pierwszej potrzeby, takie jak sól i ocet, ludzie wpadają w szał zakupów.
Zjawisko gromadzenia staje się szczególnie widoczne, gdy ludzie nie rozumieją rzeczywistej wartości towarów. Wtedy, gdy nikt już nie chce kupować, ceny nagle spadają, a towary są wyprzedawane po bardzo niskich cenach. Zjawisko to nazywa się „bańką spekulacyjną”.
W rzeczywistości strategie stosowane na rynkach kontraktów terminowych i akcji są identyczne. Ludzie nie patrzą na rzeczywistą wartość przedmiotu lub aktywa. Koncentrują się wyłącznie na rzeczach, które mogą kupić za wysoką cenę. Wynika to z oczekiwania, że ktoś inny na pewno kupi je od nich po znacznie wyższej cenie niż zapłacili.
Na przykład, dlaczego ktoś miałby upierać się przy płaceniu 4 dolarów za akcje A, nawet jeśli nie do końca rozumie ich rzeczywistą wartość? Dzieje się tak, ponieważ wierzy, że ktoś z pewnością odkupi je od niego później za jeszcze większą kwotę niż zapłacił teraz.
Analizując teorię giełdową z perspektywy psychologii tłumu, często wykorzystywaną koncepcją jest „Teoria Wielkiego Głupca”. Zgodnie z nią, niektórzy inwestorzy nie są zainteresowani teoretyczną ceną akcji ani jej wartością wewnętrzną. Kupują, ponieważ wierzą, że w przyszłości pojawi się ktoś, kto będzie skłonny zapłacić jeszcze więcej za ich „gorącego kartofla”. Teoria ta ma przewagę, ponieważ przewidywania inwestorów dotyczące przyszłości często znacznie się różnią. Gdy pojawiają się nowe informacje, niektórzy reagują z nadmiernym optymizmem, podczas gdy inni skłaniają się ku pesymizmowi. Niektórzy działają natychmiast, a inni ostrożnie. Te różnice w osądach prowadzą do rozbieżnych działań zbiorowych, zakłócając porządek rynkowy i dając początek Teorii Wielkiego Głupca.
Teorię tę można zastosować do dwóch odrębnych grup: „głupców emocjonalnych” i „głupców racjonalnych”. Ci pierwsi nie zdają sobie sprawy, że już dołączyli do gry „większego głupca” podczas inwestowania, nie potrafiąc przewidzieć jej zasad ani nieuniknionych rezultatów. Ci drudzy dokładnie rozumieją zasady gry, ale kontynuują inwestycje, wierząc, że w obecnych warunkach dołączą do nich kolejni głupcy.
Warunkiem koniecznym, aby „racjonalny głupiec” osiągnął zysk, jest, aby do jego szeregów dołączyło więcej głupców. I to właśnie jest uniwersalna psychologia mas. Inwestorzy detaliczni, prognozując sytuację na rynku, zazwyczaj głęboko wierzą, że ceny będą rosły w przyszłości, mimo że obecne ceny są już wysokie.
Jak nie stać się „większym głupcem”
Spekulacja na giełdzie to zjawisko stałe, różniące się jedynie nasileniem. Jednak znaczna liczba spekulantów wykazuje irracjonalne zachowania, czasami grając jak opętani. Dla inwestorów-amatorów osiągnięcie zysku dzięki zastosowaniu teorii „większego głupca” jest trudne. Jednak profesjonalni inwestorzy czasami wykorzystują ten sentyment rynkowy, inwestując stały procent swojego kapitału, aby stać się „racjonalnymi głupcami”.
Jak uniknąć stania się „większym głupcem”? Na giełdzie krąży powiedzenie: „Bądź większym głupcem, ale nigdy nie bądź ostatnim głupcem”. Choć brzmi to prosto, zastosowanie tego w praktyce okazuje się niełatwe.
„Wielcy głupcy” są wrażliwi na krążące wokół nich informacje. Załóżmy na przykład, że dana akcja wykazuje tendencję wzrostową. Nawet bez oficjalnych komunikatów, jej wartość rośnie z dnia na dzień, zwiększając zyski. Inwestorzy, którzy jej nie kupili, zaczynają się niepokoić i w końcu kupują po wysokiej cenie. Im częściej to się zdarza, tym wyżej rośnie cena akcji i tym więcej kupujących się pojawia. Wkrótce rynek naturalnie wypełnia się licznymi pozytywnymi doniesieniami na temat tej akcji, a zjawiska wspierające irracjonalny wzrost zaczynają pojawiać się jedno po drugim.
Dlatego uczestnicy rynku często powtarzają: „Trendy determinują wiadomości, a nie wiadomości determinują trendy”. Akcje o silnym trendzie przyciągają inwestorów, co z kolei generuje więcej pozytywnych wiadomości. Zwolennicy strategii „większego głupca” argumentują zatem, że zamiast studiować wiedzę o giełdzie lub teorię, wystarczy obserwować trend i wolumen obrotu. Chodzi o to, że samo uchwycenie wzlotów i upadków pozwala dostrzec trajektorię akcji. Zatem, w pewnym sensie, sednem teorii „większego głupca” może być naturalne dostosowanie się do trendu.
Ludzie zdają sobie sprawę, że za teorią „większego głupca” kryje się ogromne ryzyko. Dlaczego jednak nie przestają inwestować? To z powodu ludzkiej psychiki, która nigdy nie jest zaspokojona. Ludzka natura leży w narzekaniu, że zbyt dużo złota jest zbyt ciężkie do udźwignięcia, a jednocześnie narzekaniu, gdy dostaje się go za mało.
Nawet geniusz inwestycyjny Warren Buffett powiedział: „Inwestowanie powinno odbywać się głową, a nie ciałem”. Głowa analizuje przyszłe zarządzanie firmą i zmienia nastroje społeczne. Ciało porusza się jedynie pod wpływem instynktu. Oczywiście niektórzy twierdzą, że w granicach wiedzy, wystarczy stać się pewnym stopniem „racjonalnego głupca”. Twierdzą, że to pewnego rodzaju strategia przetrwania na irracjonalnym rynku. Ale choć brzmi to łatwo, w rzeczywistości jest niezwykle trudne. Rozumiemy to intelektualnie, ale zaślepieni chciwością, tracimy zmysły i wielokrotnie porzucamy rozsądek – taka jest ludzka natura.
Oszustwa są również rodzajem gry „większego głupca”
Teoria „większego głupca” jest również stosowana do niektórych schematów „oszustwa marketingowego”, takich jak marketing wielopoziomowy. Chociaż większość młodych ludzi, dzięki internetowi, doskonale zdaje sobie sprawę z prawdziwej natury tych oszustw, osoby starsze pozostają potencjalnymi ofiarami tej teorii. Osoby pracujące w branży pożyczek wysokooprocentowanych lub tzw. „piramid finansowych” działają w oparciu o przekonanie, że „zawsze znajdzie się ktoś, kto to kupi”.
To sprawa związana z marketingiem wielopoziomowym, która miała miejsce w mieście prowincjonalnym. Osoba odpowiedzialna za firmę, która była już sądzona za defraudację środków publicznych, zorganizowała kolejne oszustwo, twierdząc: „Skoro firma weszła na giełdę, wszystkie przyszłe pieniądze trafią do inwestorów”. Właśnie gdy starsi dziadkowie, zwabieni tą sytuacją, mieli zamiar zainwestować swoje pieniądze, na szczęście inna ofiara zgłosiła to policji, co zakończyło sprawę. To kolejny przypadek, który można interpretować w kontekście teorii „większego głupca”.
Rynek kryptowalut przeżywa ostatnio bezprecedensowy boom. Pojawiła się niewyobrażalna liczba kryptowalut. Jednak i to można postrzegać jako grę opartą na teorii „większego głupca”. Rozważmy przykład. Dziesięciu przyjaciół, w tym ja, przygotowuje się do emisji kryptowaluty. Planujemy wyemitować dziesięć milionów monet, których cena początkowa wynosi 1 dolara. Każdy z nas odłożył 500 000 monet. W dziesięć osób daje to łącznie pięć milionów monet. Pozostałe pięć milionów monet zostanie rozdystrybuowane poprzez wydobycie i inne metody.
Najpierw skupiliśmy się na stu „inwestorach detalicznych”. Co powinniśmy zrobić dalej? Jeśli zaoferujemy po prostu zakup monety o wartości 1 dolara za 1 dolara, nikt nie będzie zainteresowany. Jakie jest więc rozwiązanie? Najpierw handlujemy między sobą.
Najpierw, każda z naszej dziesiątki sprzedaje po 100 000 monet na rynku zewnętrznym po 2 dolary każda. Następnie odkupujemy od siebie po 100 000 monet po 2 dolary każda. Po jednej pełnej rundzie, monety krążą równo między każdą z nas.
Co się zmieniło? Zmieniła się wartość monety. Ponieważ była notowana po 2 dolary za monetę, ten sygnał został wysłany na rynek i teraz wartość monety wynosi 2 dolary. Czy w tym momencie znajdą się jacyś „inwestorzy detaliczni”, których determinacja się zmieni?
Nie ma znaczenia. Nie spieszy nam się. Musimy po prostu ponownie handlować tą samą metodą. Tym razem podnosimy cenę do 5 dolarów. Nie potrzebujemy nawet aż tak dużego wolumenu obrotu. Samo podniesienie ceny jednej monety do 10 dolarów sprawia, że cały rynek uznaje jej wartość za 10 dolarów. Teraz łączna wartość wszystkich monet osiągnęła już 10 milionów dolarów.
Inwestorzy zaczęli się gromadzić. Ludzie zaczęli handlować od razu po wejściu. Wśród nich z pewnością znajdą się ostrożni „inwestorzy detaliczni”, którzy opowiadają się za „długoterminowością”. Oni tylko kupują, nigdy nie sprzedają. Kto więc powinien sprzedawać? My możemy sprzedawać.
Cena stale rośnie. Dołączają kolejni „inwestorzy detaliczni”. Wartość monet kupionych przez wcześniejszych „inwestorów detalicznych” stale osiąga górny limit. Cena naturalnie rośnie. W końcu pojawiają się „inwestorzy detaliczni”, którzy nie mogą już dłużej czekać i chcą sprzedać swoje monety. To prawdopodobnie „racjonalni głupcy”. To ci, którzy zdają sobie sprawę, że to pułapka i chcą się z niej wydostać. Co powinni zrobić?
Nie ma to znaczenia. W tym momencie nowo przybyli „inwestorzy detaliczni” naturalnie przejmują monety po wysokich cenach. Cena będzie rosła. Musimy po prostu wykorzystać tę falę i stopniowo wyprzedawać monety, które posiadamy. Dopóki istnieją „inwestorzy detaliczni” opowiadający się za „długoterminowością”, ceny naturalnie będą odbijać po spadkach, więc nie ma problemu. Nie będą sprzedawać, gdy ceny wzrosną, ponieważ widzieli to już wcześniej i przyciągną jeszcze więcej „inwestorów detalicznych”.
Dopóki „inwestorzy detaliczni” będą podtrzymywać ten konsensus, moneta będzie kontynuowała trend wzrostowy i nigdy nie spadnie. Nawet jeśli „ostatni frajer” nigdy się nie pojawi, to nie ma znaczenia. Moi przyjaciele i ja już sprzedaliśmy większość naszych monet i napełniliśmy kieszenie. Taki jest smutny los „inwestorów detalicznych”.
Historia się nie powtarza, ale rymuje. Zmieniają się tylko bohaterowie opowieści i przedmioty wykorzystywane w oszustwie. Zasady gry pozostają niezmienne. Zasada oszustwa jest w zasadzie prosta. Wspólnym mianownikiem jest wykorzystywanie ludzkich słabości. Ci, którzy stają się „ostatnim głupcem”, często kierują się mentalnością stada i inwestują na oślep. Zaślepieni chciwością, koncentrują się wyłącznie na osiąganiu dużych zysków, mając nadzieję, że kiedyś pojawi się „ostatni głupiec”. W końcu tracą racjonalność. Pamiętaj, jeśli nie będziesz ostrożny, możesz zostać „ostatnim głupcem” w tej grze. Zatem, gdy w twoim sercu zrodzi się chciwość, musimy zastanowić się nad poniższym wersetem.
„Ostatni, którzy przybędą, mogą stać się ofiarą diabła”.